session_start(); $base = $_SESSION['base']; include "../include/nagl_doctype.php"; echo "\n"; echo "
\n"; echo "\n"; echo "\n"; echo "| Wprowadzenie | \n"; echo " 24 lipca 1999 roku. Stanęliśmy przed klatką naszego bloku, razem z całym ekwipunkiem, by rozpocząć wielką przygodę, wielką podróż w nieznane. I jednocześnie pożegnać się z domownikami. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że czekają nas 32 dni spędzone z dala od domu i bliskich. Dni pięknych, dni słonecznych, ale i jednocześnie bardzo ciężkich, męczących i pełnych tęsknoty. Zatem, kto ciekaw, niech czyta i klika, a kto nie, niech żałuje... | \n";
echo "
Na samym początku należałoby podać kilka słów wyjaśnień, które pozwolą zrozumieć, może choć w części, logikę naszych decyzji. Po pierwsze, jeden z nas (bez ukrywania - Krzysiek) miał praktycznie zerowe przygotowanie fizyczne do tej wyprawy. Poza jednym, dwudniowym, sprawdzjącym sprzęt wypadem z Dąbrowy Górniczej do Makowa Podhalańskiego. Dlatego początkowo planowaliśmy spędzić kilka dni w kraju, kręcąc na wschód w kierunku Bieszczad. Złożyło się jednak tak, że już trzeciego dnia opuściliśmy granice naszego kraju. Ale po kolei... | \n";
echo "|
| Dzień 1\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Pierwszego dnia pozwoliliśmy sobie na odrobinę zwiedzania - mowa tu o Kalwarii Zebrzydowskiej. Ale było warto się przebrać w stroje umożliwiające wejście do miejsca świętego, jakim jest Bazylika oo. Bernardynów. Robi wrażenie. Po drodze zwiedziliśmy również ruiny zamku w Dobczycach i tam też mieliśmy mieć zaplanowany wcześniej nocleg na polu namiotowym. Ale postanowiliśmy, że jeszcze trochę pokręcimy. Los jednak chciał, że 5 kilometrów przed Gdowem, miejscem naszego pierwszego biwaku, Romek złapał gumę w tylnym kole. Prosta rzecz do naprawy, ale zajęła nam godzinę. Te wszystkie sakwy trochę przeszkadzały. Ale byłbyś w błędzie, czytelniku, gdybyś pomyślał, że to koniec wrażeń na ten dzień. Otóż okazało się, iż w miejscowości tej, owszem, jest pole namiotowe, ale akurat tego dnia odbywał się tam festyn muzyki lokalnej. Jedynym namiotem na tym polu był nasz!!! [zobacz zdjęcie] Po trochę burzliwej nocy wstaliśmy dnia następnego gotowi do dalszej jazdy. Oczywiście po spożyciu pożywnego śniadanka. | \n";
echo "
| Dzień 2\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Bardzo gorącego drugiego dnia udało nam się schładzać w Dunajcu i innych, mniejszych rzeczkach. Choć nie zapomnieliśmy o ciekawych miejscach. Tym razem trafiło nam się zboczyć trochę z trasy i zobaczyć dworek im. I. Paderewskiego w Kąśnie Dolnej. Chwilę później swym pięknym kształtem uraczyły nas przydrożne skałki przed Zborowicami, a w samych Zborowicach... równie ładne dziewczęta. Ubrane w ludowe, odpustowe stroje. Chyba trochę się nas przestraszyły! Może gdybyśmy byli inaczej ubrani i mniej łysi? Ale na szczęście z resturacji nas nie wygonili i w Gorlicach zjedliśmy bardzo nam potrzebny obiad. Ten dzień zakończyliśmy w Nowym Żmigrodzie. Był to jeden z dwóch noclegów podczas całej trasy, których nie spędziliśmy pod namiotem. Spaliśmy bowiem w szkole, służącej na czas wakacji jako schronisko młodzieżowe. W tym czasie pełna była dzieciaków. | \n";
echo "
| Dzień 3\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Dnia następnego eskapada doczekała się urozmaiceń w postaci kończących się nagle dróg, jazdy ścieżkami polnymi itp., itd. Znak to niechybny, że wjechaliśmy w Bieszczady. Po krótkiej naradzie w Krośnie zdecydowaliśmy, że opuszczamy kraj. Że z formą nie jest tak źle i kierujemy się na południe. Mieliśmy w planach dojechać do Wiednia i wtedy dopiero zastanawiać się, co dalej. Mijając po drodze bardzo ładny Iwonicz Zdrój, a zaraz później przechodząc przez góry (dokładnie tak, przechodząc, gdyż skończyła się droga - a może ją zgubiliśmy..?), dotarliśmy do Dukli, a później do Barwinka, gdzie czekała nas pierwsza odprawa paszportowa. Bardzo szybka odprawa. A później - cały czas zjazd. Przerwany kilkudziesięciominutową sesją zdjęciową przy obiektach militarnych z czasów drugiej wojny światowej. Dotarliśmy w końcu do Novej Kelcy, gdzie od razu rzuciły nam się w oczy różnice w podejściu do niektórych spraw przez Słowaków. Po pierwsze, zaznaczone na mapie pole namiotowe nad rzeką/jeziorem/zbiornikiem okazało się być bardzo ogólnodostępne (po prostu za darmo). Ale miało pełny sanitariat, łącznie z ciepłą wodą. Był to nasz pierwszy i ostatni nocleg za darmo i jednocześnie ostatni (pierwszy był w Gdowie), kiedy byliśmy zmuszeni trzymać rowery w namiocie. | \n";
echo "
| Dzień 4\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Następnego dnia, czyli 27 lipca, kontynuowaliśmy naszą podróż słowackimi drogami. Bardzo istotnym jest spostrzeżenie, że w porównaniu do ruchu na polskich ulicach ruch na Słowacji jest dosłownie niewielki. Co oczywiście tylko czyniło przejazd przez Słowację przyjemniejszym. Tego też dnia przekroczyliśmy granicę słowacko - węgierską. Już pierwszy postój na Węgrzech, a konkretnie wizyta na poczcie w celu kupienia znaczków, uświadomiła nam, jak ciężko będzie poruszać się po tej krainie. Nieźle się trzeba było namęczyć, żeby te znaczki do Polski jednak kupić. Wystarczy spróbować przeczytać nazwę miejscowości, w której jeden z nas ma zdjęcie przed pomnikiem Kossutha. Tego dnia na nocleg wybraliśmy miejscowość Sarospatak. I tutaj, zaprzeczając trochę temu, co napisane zostało wcześniej, spotkało nas miłe zaskoczenie. Pełny cennik, jak i regulamin kempingu był napisany także w języku polskim. Co więcej, kemping ten był pełen polskich dzieciaków. Tego wieczoru staliśmy się dla nich chwilową rozrywką. Od tego miejsca aż do końca towarzyszył nam bardzo przyzwoity standard na kempingach. Oczywiście okupione to było odpowiednimi kosztami, ale jednego przynajmniej byliśmy pewni, że nawet jak wyjdziemy gdzieś na miasto, to po powrocie wszystko zastaniemy nienaruszone. | \n";
echo "
| Dzień 5\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Następnego dnia rozpoczęliśmy trasę, która w zdecydowanej większości przebiegała wzdłuż rzeki Cisy. Okupiona była licznymi przeprawami promowymi właśnie przez tę rzekę. I jedno, co chcielibyśmy podkreślić to fakt, iż Węgrzy, których spotkaliśmy, to bardzo mili i pomocni ludzie. Przykład!? Zdarzyło się, że przejechaliśmy zjazd na przeprawę promową ( skąd mogliśmy wiedzieć, że Rev to przeprawa, a nie nazwa jakiejś wioski) i byliśmy zmuszeni się odrobinę wrócić. Staliśmy z rozłożoną mapą przy rozjeździe, który podejrzewaliśmy o kierunek na tą właśnie przeprawę. Wtem, pod nasze rowery podjeżdża (cofając zresztą) trabant, z którego uprzejmy człowiek potwierdził nam i jeszcze bardzo dokładnie pokazał ukształtowanie terenu na drodze dojazdowej do promu. I zrobił to bezbłędnie! Zaraz po przepłynięciu promem, jakąś godzinkę później, czekała nas kolejna niespodzianka. Skrzyżowanie w kształcie litery T, a my staliśmy jak słupy i myśleliśmy: w prawo czy w lewo. Zbliżył się do nas starszy człowiek na małym rowerku, chcąc najwyraźniej nam pomóc. Jak to zrobił? Po prostu wyprowadził nas na dobrą drogę. A wiedzieliśmy, że nie było mu po drodze. Tego samego dnia udało nam się jeszcze zobaczyć Tokaj. Obyło się jednak bez konsumpcji win - powód oczywisty. | \n";
echo "
| Dzień 6\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Dnia następnego od wiejskich, mało uczęszczanych tras, zbliżaliśmy się coraz bardziej do stolicy Węgier. Na koniec dnia dotarliśmy w końcu do Budapesztu, który w poszukiwaniu kempingu przejechaliśmy prawie cały. Kemping znaleźliśmy bardzo niedaleko Dunaju, który jednak swą czystością zachwycić nie może. | \n";
echo "
| Dzień 7\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Na następny dzień zaplanowaliśmy odrobinkę pozwiedzać Budapeszt. I tak też się stało. Oczywiście zwiedzanie należy traktować bardzo umownie. Polegało to na tym, że tak dobraliśmy trasę przejazdu przez Budapeszt, by zobaczyć jak najwięcej (tak staraliśmy się przejeżdżać przez każde większe miasto). Myślę, że nam się udało. O czym, choć w części, poświadczyć mogą zdjęcia. Około godziny 14.00 opuściliśmy jednak Budapeszt i jadąc naddunajską trasą rowerową podziwialiśmy uroki pięknego, węgierskiego krajobrazu. Miejsce naszego następnego postoju wypadło w Wyszogrodzie. W tym samym, w którym podpisano kiedyś układ o utworzeniu Grupy Wyszehradzkiej. Właśnie na tym zamku, który widać na zdjęciu (słabo, bo słabo, ale na wzgórzu na 100% jest zamek). | \n";
echo "
| Dzień 8\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Ostatniego dnia lipca dane nam było pożegnać węgierską krainę. Zanim jednak to nastąpiło zwiedziliśmy dokładniej bazylikę w Esztergom, jedną z największych na Węgrzech. Obserwując bardziej szczegółowo zdjęcia można zauważyć (poza tym, że niektórzy byli bardzo śpiący), że obydwie części miasta łączył kiedyś most. Węgry pożegnaliśmy na przejściu granicznym w Komarno. A przywitaliśmy ponownie Słowację. Tym razem nocleg przypadł w jej stolicy. Czym zapisała się Bratysława w naszej pamięci? Przede wszystkim niezliczoną masą komarów. Istny horror! Krew się lała! Szkoda, że tylko nasza. | \n";
echo "
| Dzień 9\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Ale Bratysława to nie tylko komary. To także bardzo wąskie uliczki, Hrad i ... miasto pepsi płynące [patrz zdjęcie]. Zdecydowanie inne miasto niż Budapeszt. Tutaj spotkała nas jedna niemiła przygoda - poszukiwanie bankomatu w celu zapłacenia za zjedzony już obiad. Okazało się, iż nalepki na szybach sklepowych z nazwami obsługiwanych kart nie do końca pokrywały się z prawdą. Ponieważ Bratysława niedaleko od Wiednia jest położona znaleźliśmy się na kempingu na jego przedmieściach. Ale zanim to nastąpiło dopadł nas pierwszy tej wyprawy deszcz. Był jednak krótki, choć bardzo intensywny. Całą drogę z Bratysławy do Wiednia pokonywaliśmy ścieżką rowerową. Jest czego zazdrościć i od kogo się uczyć. Oznakowanie, przygotowanie, infrastruktura. Jest co zjeść, gdzie odpocząć. Po prostu pełna kultura jazdy na rowerze. | \n";
echo "
| Dzień 10\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Podobnie Wiedeń, który zwiedzaliśmy dzień później. Cały przejechany po ścieżkach rowerowych. A Wiedeń - nie dziwimy się Straussowi, że tutaj tak wiele komponował. Tu po prostu chce się żyć! Choć może gdybyśmy naprawdę pomieszkali tam dłużej, mielibyśmy odmienne zdanie? Nie wiemy. Ale Wiedeń jest piękny. Jeszcze jedna rzecz, która rzuciła nam się bardzo w oczy to masowe uprawianie różnorakich sportów przez wiedeńczyków. Fakt, że mają gdzie to robić (dużo ścieżek rowerowych, parków, ośrodków sportowych itp.), ale i tak było to dla nas zaskoczeniem. Podsumowując, 2 sierpnia przejechaliśmy z jednego końca Wiednia na drugi. \n"; echo "Ach, prawie zapomnieliśmy. Wiedeń, jak wspomniane zostało na początku, był naszym pośrednim celem podróży. Jednak nie spodziewaliśmy się, że już po jedenastu dniach będziemy mijać przekreśloną tabliczkę z napisem Vien. Wtedy podjęliśmy decyzję, że jedziemy na południe w kierunku Włoch. Nie mówiliśmy tego głośno, ale pragnęliśmy dojechać do Paryża. Nie mówiliśmy o tym zbyt dużo właśnie dlatego, iż byliśmy przekonani, że jesteśmy w stanie to zrobić. Podświadomie czuliśmy, że nie powinnyśmy żyć tym, co będzie, lecz cieszyć się każdym pojedynczym dniem prowadzącym do celu. A od tego momentu, czyli od opuszczenia Wiednia, skończyły się niziny, a zaczęły podjazdy i zjazdy. Może nie były to szwajcarskie Alpy, ale i tak odbiły swe piętno na naszych ciałach. Zwłaszcza, że bardzo wyczerpujący był także nieustający upał. Właśnie od Wiednia aż do granicy włosko - austriackiej pokonaliśmy najpiękniejszy krajobrazowo fragment naszej podróży. Naprawdę po takie zdjęcia i widoki warto wjeżdżać kilka godzin. Góry zdobywane pieszo czy na rowerze zawsze budzą respekt. Sprawiają, że człowiek jednocześnie maleje wobec ich potęgi i jednocześnie rośnie mogąc je podziwiać. | \n";
echo "
| Dzień 11\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Trzeciego sierpnia spotkała nas, a konkretnie Krzyśka, jeszcze jedna przygoda. Wtedy z tego powodu był naprawdę wściekły, ale teraz... ach, jest o czym opowiadać. Co takiego się wydarzyło? Podjeżdżając na jedną z górek (wielkości naszego Salmopolu) zdjął na początku bardziej stromego podjazdu koszulkę. Położył ją na sakwach z tyłu, by trochę wyschła. Po kilkunastu zakrętach i pokonaniu kilometra podjazdu zorientował się, że koszulki nie ma już na swym miejscu. Pech chciał, że koszulka spadła już na samym początku. Tak więc tego dnia miał około 3 kilometrów dodatkowej, pieszej wędrówki po górach. Ale mimo wszystko na sam szczyt wjechał uśmiechnięty. Uzupełniając dodamy jeszcze, że dzień ten zakończył się noclegiem w Sant Sebastian. | \n";
echo "
| Dzień 12\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Dzień następny to kontynuacja bardzo pofałdowanych i malowniczych tras. Tego też dnia zaczęły się nasze pierwsze, poważne kłopoty. Kilkadziesiąt kilometrów przed Graz, gdzie zaplanowaliśmy nasz następny pobyt, ścieżkę rowerową zmoczył niewielki deszcz. Zrobił to jednak na tyle poważnie, by od razu dowiedzieć się, co oznacza przyczepność na śliskiej nawierzchni. Jadąc zdecydowanie za szybko przewrócił się najpierw Krzysiek, a brat, jadąc tuż za nim, musiał już świadomie zrobić to samo, by uniknąć jego najechania. Wyglądało to naprawdę bardzo poważnie. Obydwojgu spadły z nosa okulary i aż baliśmy się myśleć, co się stanie, gdy któremukolwiek się potłuką (oczywiście nie mieliśmy zapasowych). Mieliśmy jednak szczęście w nieszczęściu - o dziwo znalezione po kilku minutach poszukiwań okulary okazały się być nienaruszone. Nasze ciała nie wyglądały jednak już tak dobrze. Krzyśka lewe biodro i ręka, a Romka, także lewe, biodro i łokieć, trochę się zdarły. O czym bardzo boleśnie przekonaliśmy się podczas kąpieli już w Grazu, do którego dojechaliśmy kilka godzin po wypadku. Później okazało się, że jedyny na całej trasie, dłuższy niż jednodniowy pobyt w jednym miejscu, spędziliśmy na najdroższym ze wszystkich dotychczas i później odwiedzanych kempingu. Na tym kempingu rozbiliśmy swój namiot, jak się później okazało, obok namiotu polskiego wędrowca. Toteż wieczór spędziliśmy w towarzystwie pierwszej od dwóch tygodni osoby mówiącej po polsku. Ugościła nas ona pieczonym schabem. | \n";
echo "
| Dzień 13\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " I nie wiadomo, czy to właśnie przez ten posiłek, czy też nie, ale kolejnego dnia doszły, poza bólem powypadkowym, problemy żołądkowe. Romek cały dzień przeleżał w namiocie wychodząc tylko, gdy była potrzeba. A Krzysiek? Krzysiek zajął się porządkami. Sprawdził stan techniczny rowerów (nie za wiele w niego ingerując - po prostu wszystko było w porządku), a potem wyruszył na poszukiwanie igły i nitki. Po co? By móc poprzyszywać do sakwy samochodowe oznaczenia krajów, przez które przejechaliśmy lub jeszcze będziemy przejeżdżać. Od dawien dawna nie trzymał igły w ręce i ... to było widać. Ale wtedy był z siebie zadowolony. Wieczorem poddał się tęsknym myślom obserwując samotnie przepiękny zachód słońca. Wkrótce powrócił do namiotu, gdzie niebawem razem z chorym Romkiem usnęli. | \n";
echo "
| Dzień 14\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Kolejnego dnia bóle odrobinę przeszły i zdecydowaliśmy się jechać dalej. Byliśmy jednak zmuszeni ubrać się jak przybysze z Marsa. Dlaczego? Po raz pierwszy od wyjazdu z domu dzień zapowiadał się pochmurnie i deszczowo. Ale okazało się, że błędnie odczytaliśmy pogodę. I już po 15 minutach zielone kurtki trafiły tam, gdzie ich miejsce, czyli do sakw. Ten dzień zapisał się w naszej pamięci również bardzo mocno. Otóż pokonaliśmy najdłuższe wzniesienie tej wyprawy (około 3,5 godziny wspinaczki) i jednocześnie najszybszy zjazd, już nie tylko w skali tej wyprawy (10 kilometrów zjechaliśmy w 15 minut z jedną przerwą na zdjęcie). Po zrobieniu zakupów w Lavamund, dalsza droga przebiegała już w spokojniejszej tonacji. Ten dzień uświetnił także nocleg na chyba najpiękniejszym polu namiotowym całej tej wyprawy. U podnóża przepięknej góry, z przepięknym widokiem na malownicze szczyty. A wieczorem czekała nas jeszcze dziwna burza - bez deszczu, ale z niesamowitymi grzmotami i piorunami!!! Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że następny dzień dostarczy nam jeszcze większej dawki adrenaliny. | \n";
echo "
| Dzień 15\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " A zaczęło się oczywiście pobudką, z dnia na dzień coraz późniejszą i pożywnym śniadankiem. W ciągu dnia burza znowu pokazała swoje oblicze, tym razem skrapiając spragnioną deszczu, ziemię. Nie trwała ona jednak długo i kontynuując podróż ku byłej granicy austriacko-włoskiej w Arnoldstein cały czas podziwialiśmy przepiękne widoki. Tuż po przekroczeniu granicy zaczęło się... \n"; echo "Jechaliśmy już bardzo wolnym tempem (nocleg planowaliśmy w Tarvisio, 10 km od granicy) po prawej stronie mając bardzo strome skalne zbocze, zakończone u podnóża kanałem deszczowym, a po lewej widoki takie jak na zdjęciu. Właśnie wtedy Romek, jadąc bardzo blisko tegoż właśnie kanału, stracił równowagę i upadł. A Krzysiek za nim. Na środek drogi. Na szczęście żaden z przejeżdżających samochodów nie jechał zbyt szybko. Za to my szybko się pozbieraliśmy i oceniliśmy, że poza Romka kolanem i stratą światełek, nie stało się nic poważnego. Z nadzieją na przemycie ran i rozłożenie namiotu wkroczyliśmy do Tarvisio. Jakież było nasze zdziwienie gdy okazało się, że kemping owszem, był tutaj, ale... teraz została po nim rudera. Zaraz odrzucony został pomysł przenocowania na ogródku u któregoś z mieszkańców. Albo byliśmy zbyt podejrzani, albo Włosi pytani przez nas nie byli zbyt gościnni. Jedyne, co udało nam się uzyskać, to butelkę zimnej wody w celu przemycia Romka kolana. Jeszcze szybciej zrezygnowaliśmy z noclegu na tym byłym "polu namiotowym". Gdy się widzi pająki wielkości pięści... Co nam pozostało? Najbliższy kemping na mapie był w Słowenii. Ale to byłby wjazd w bardzo wysokie góry (trzeba dodać, że na liczniku widniała już liczba 125, oznaczająca liczbę przejechanych dzisiaj kilometrów). A najbliższy nocleg we Włoszech to Gemona, punkt oddalony o 60 kilometrów od miejsca, w którym obecnie się znajdowaliśmy. Pewnie się już domyślisz, czytelniku, jaka była nasze decyzja. Czyste szaleństwo? Ale, czyż od początku taki pomysł nie zakrawał na szaleństwo!? \n"; echo "Zatem założyliśmy lampki do jazdy nocnej i pognaliśmy w dół. Zdecydowanie i szybko. Najszybsze dwie godziny podczas całej podróży. W dwie godziny byliśmy na miejscu! Jak to wyjaśnić? Przychodzi nam na myśl jedno - podobnie jak w piłce nożnej, mecz może się nie układać, mogą być słupki i poprzeczki, zawodnik może dostać czerwoną kartkę i właśnie ta czerwona kartka może albo przybić zespół do ziemi, albo... paradoksalnie, podnieść na duchu i zmobilizować. Dla nas było to wyzwanie, które wręcz niosło nas po drodze. I na pewno pomogła nam w tym jeszcze jedna rzecz. Mianowicie w Austrii na każdą praktycznie górę należało wjechać, by później z niej zjechać. We Włoszech góry to niezliczona liczba tuneli i mostów. Jechaliśmy cały czas wysokimi górami, ale po prostej drodze! Do Gemony dotarliśmy na godzinę 21.00 wykończeni i głodni. Po rozłożeniu namiotu i odświeżeniu się udaliśmy się na miasto w celach konsumpcyjnych (czasu na zrobienie zakupów nie było zbyt dużo). Jedyną nazwą godną zaufania okazał się być... makaron. Pożywny, ale tylko chwilowo. | \n";
echo "
| Dzień 16\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Okazało się to po przebudzeniu, dnia następnego w niedzielę. Po spożyciu śniadania z resztek zapasów udaliśmy się w dalszą drogę, którą jeszcze w Gemonie przerwał nam deszcz. Tutaj jednak byliśmy świadkami jakiegoś kolarskiego wyścigu, bardzo dziwnego zresztą pod względem organizacyjnym. Byliśmy jednak zmuszeni opuścić kolarzy i kontynuować nasz własny wyścig. Wtedy stało się to, do czego nigdy jadąc na rowerze nie wolno dopuścić. Do wyniszczającego bardziej psychicznie niż fizycznie uczucia głodu. A dlaczego do tego dopuściliśmy? Skąd mogliśmy wiedzieć, że niedziela dla Włochów to czas tak święty, że o otwartych sklepach spożywczych, nawet w większych miastach nie ma co marzyć, nie mówiąc już o kucharzach w restauracjach. Oni też mają wolne! Dodatkowo dzień zrobił się bardzo upalny i nawet burza, która nas spotkała, nie odświeżyła powietrza (bo jak może odświeżyć deszcz, kiedy temperatura i wiatr ani na chwile się nie zmienią). W końcu jednak głodni jak wilki wypatrzyliśmy jaskinię, w której nawet był kucharz. Wtedy było nam już trochę wszystko jedno, co zjemy. Toteż z mniejszą uwagą studiowaliśmy podane nam przez kelnera menu. A to był błąd! Błąd bardzo brzemienny w skutkach. Nie dość, że był to nasz najdroższy obiad na całej wyprawie, to w dodatku najszybciej zjedzony. Bo okazało się, że jedna z zamówionych przez nas potraw to owoce włoskiego morza, które być może byłyby jadalne w każdych innych okolicznościach, ale nie wtedy. Druga potrawa okazałą się być jadalną już rybą, jednak zdecydowanie zbyt małą jak na potrzeby dwóch żołądków. Ale, o dziwo! Chyba z wrażenia i "niesmaku", głód przestał nam dokuczać, aż do wjazdu do Wenecji, gdzie na jej przedmieściach rozłożyliśmy nasz namiot na kempingu Marco Polo. Wtedy podjęliśmy bardzo słuszną decyzję, że Wenecję zwiedzimy jednak jeszcze dzisiaj. \n"; echo "Wykąpaliśmy się i około 20.00 rozpoczęliśmy spacer po mostach i uliczkach Wenecji. W trakcie poszukiwań placu Świętego Marka spotkaliśmy nawet czteroosobową grupkę Polaków. W końcu dotarliśmy do wspomnianego celu, który sprawił na nas ogromne wrażenie. Delikatnie zalany wodą plac, z różnych stron dobiegająca muzyka grana na żywo przez 3 lub 4 - osobowe zespoły, nie zagłuszające się nawzajem. Jednym słowem chciałoby się tu wrócić na dłużej. Dopiero po 22.30 zmęczeni i głodni postanowiliśmy odwiedzić restaurację. Tam zjedliśmy po raz pierwszy pizzę, która odtąd stała się naszym prawie codziennym posiłkiem podczas bytności we Włoszech. Do kempingu wróciliśmy dopiero około 1.00, bo oczywiście będąc przezornym i nie chcąc przejechać za daleko autobusem, wysiedliśmy o dwa przystanki za wcześnie! Spało nam się jednak wyjątkowo dobrze i długo, bo aż do 9.00. | \n";
echo "
| Dzień 17\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Tego dnia po raz pierwszy dał się nam we znaki "włoski" upał. Aż do tego stopnia, że w Bolonii, już po dwóch godzinach drogi, byliśmy tak wykończeni, iż postanowiliśmy pojechać do Genui pociągiem. Z nadzieją, że nawet mimo upałów tam zawsze będzie można się schłodzić na Lazurowym Wybrzeżu. I tak też uczyniliśmy. Około 21.30, po 6,5 godzinnej jeździe pociągiem, znowu głodni, wylądowaliśmy w Genui. Zanim jednak znaleźliśmy prawidłowy kierunek wyjazdu z tego miasta w kierunku kempingu, upłynęło trochę czasu. Dlatego dopiero gdzieś o 22.30 zjedliśmy posiłek. Oczywiście pizzę! Jedliśmy ją przy drodze na chodniku, zagłuszeni przez samochody i jeszcze większą liczbę smrodzących skuterów i motocykli. Po 23.00 dotarliśmy na kemping, gdzie po raz drugi i ostatni nie spaliśmy w namiocie. Po prostu było tak gorąco i późno jednocześnie, że nawet śpiwór był niepotrzebny. Mimo tego, a może właśnie dlatego, spało nam się bardzo dobrze. I znowu długo. | \n";
echo "
| Dzień 18\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Dzień następny upłynął pod znakiem po pierwsze upału, a po drugie niezmienności krajobrazu: po lewej morze, po prawej góry. I ciągnących się przez całe Lazurowe Wybrzeże niezbyt przyjemnych dla ucha dźwięków wydawanych przez ptaki lub owady (kto był, ten wie o czym mówię). Wtedy to po raz pierwszy w życiu i ostatni tej wyprawy, zanurzyłem swe ciało w Morzu Śródziemnym. Ale wyskoczyłem z niego szybciej niż wszedłem. Ciepłe i słone, fuj! Bałtyk, zimny i lekko słony jest 188567 razy lepszy. Niech żyje Bałtyk! Ten etap zakończył się noclegiem w miejscowości Imperia. | \n";
echo "
| Dzień 19\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Kolejnego dnia, około południa, zaczęło się robić ciemno, mimo bezchmurnego nieba. Dopiero, gdy w miejscowości Bordighera zaczęliśmy dostrzegać ludzi w dziwnych okularach, zorientowaliśmy się, że właśnie dziś jest zaćmienie słońca. Właśnie w trakcie tego zaćmienia zmienialiśmy walutę z lirów na franki francuskie, co oznaczało że wkroczyliśmy do następnego kraju naszej eskapady. Granicę przekroczyliśmy w Menton i zaraz po kilkunastu kilometrach zwiedziliśmy Księstwo Monako i Monte Carlo. Ach, wspaniale jechało się drogą myśląc, że tą samą drogą, tym samym tunelem pod hotelem, jeżdżą bolidy Formuły 1, blisko 300 km/h. A my raptem 30 km/h. Dziesięć razy wolniej, ale za to widzieliśmy dziesięć razy więcej. Tego dnia zobaczyliśmy także Niceę, a nocowaliśmy w Cagnes, kilka kilometrów za Niceą. | \n";
echo "
| Dzień 20\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Dzień następny to kolejny dzień, w którym nie było tak łatwo. Zaraz po wjeździe do Cannes Romek złapał gumę. Jednak tym razem zmiana była znacznie szybsza, a i możliwości do umycia rąk więcej... Posileni bułkami z nadzieniem czekoladowym zwiedzaliśmy to festiwalowe bądź filmowe miasto. Ciekawe, czy nasze Międzyzdroje pracują na miano "polskiego Cannes"? Tego dnia nocowaliśmy w Puget sur Argens. | \n";
echo "
| Dzień 21\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Następnego dnia opuściliśmy wybrzeże i udaliśmy się w kierunku Aux-en-Provence, by stamtąd, już prosto na północ jechać w kierunku Paryża. Tego też dnia po raz pierwszy zobaczyliśmy tabliczkę z napisem "Paris 645" - tyle jeszcze przed nami. Tak blisko i tak daleko. Nie załamało nas to jednak i z uporem maniaków kręciliśmy dalej. Ten dzień zakończyliśmy w Aux-en-Provence. | \n";
echo "
| Dzień 22\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Dnia następnego zwiedziliśmy przepiękne miasto, jakim jest Avignon. Choć i tak pewnie więcej jest rzeczy, których nie widzieliśmy. Dzień zakończył się noclegiem w Bagnols sur Ceze. | \n";
echo "
| Dzień 23\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Dzień 15 sierpnia upłynął bez większych rewelacji, a zakończył się w Andance. | \n";
echo "
| Dzień 24\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Dzień później mieliśmy najbardziej paskudną pogodę ze wszystkich dni pobytu, nie tylko we Francji. Ale pomimo tego pozwiedzaliśmy trochę Lyon. Zaraz po wyjeździe z tego miasta doszło do kolejnej awarii - tym razem Krzysiek złapał gumę w tylnym kole. Naprawa poszła jednak sprawnie i mogliśmy zakończyć dzień w Macon. | \n";
echo "
| Dzień 25\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " 17 sierpnia podziwialiśmy niezliczoną liczbę zamków i pałaców poukrywanych w okolicach niewielkich miejscowości. Dzień zakończył się noclegiem w Arnay le Duc. | \n";
echo "
| Dzień 26\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Dzień następny to przede wszystkim jazda bez większych niespodzianek. Zakończył się on w Auxerre. Tutaj jednak było bardzo fajnie. Szkoda tylko, że na stadionie, obok którego mieliśmy kemping, nie odbywał się żaden mecz. Byliśmy skłonni kupić bilety i trochę pokibicować. Bezpiecznie pokibicować. Ale jak nie mecz, to coś innego. Okazało się, że namiot rozbiliśmy obok bardzo sympatycznej pary Anglików, burzących cały stereotyp brytyjczyka - konserwatysty. Mimo kiepskiej znajomości angielskiego, udało nam się nawiązać na tyle bliski kontakt, że poczęstowali nas winem i naprawdę po półtoragodzinnej rozmowie szkoda było ją kończyć. | \n";
echo "
| Dzień 27\n"; echo "\n"; echo " | \n"; echo " Dnia następnego, czyli 19 sierpnia, planowaliśmy znaleźć się kilkadziesiąt kilometrów na południowy - wschód od Paryża. Los po raz kolejny spłatał nam jednak figla. Ale po kolei. Tego dnia wiał dość silny wiatr, jednak po ponad 3000 km jakoś przywykliśmy do takich warunków. Tak sobie jechaliśmy, aż tu nagle pękła szprycha w tylnym kole Krzyśkowego roweru. Próby poszukiwania jakiegoś serwisu rowerowego spełzły na niczym, toteż naszym aktualnym celem stało się albo znalezienie noclegu albo pociągu do... Paryża. Udało się to drugie, jednak zostało to okupione jeszcze utratą powietrza w tym samym kole, które już zostało zepsute. Całkiem "przy okazji" okazało się, że bieżnik opony stanowi w niektórych miejscach po prostu dętka. I nie wiem, czy była to wina opony, czy też może zbyt dużego obciążenia tylnego koła, ale była ona po prostu do wyrzucenia. Zatem ostatnie 70 kilometrów do Paryża pokonaliśmy pociągiem. Ale nie był to koniec kłopotów tego dnia. Znaleźliśmy się bowiem w środku wielkiego miasta bez... żadnej mapy. A nawet z mapą znalezienie kempingu było dosyć kłopotliwe i czasochłonne (zajęło nam to około 30 minut). Dodatkowo nie był on tak blisko (około 10 kilometrów), a tu dzień się kończył i w dodatku mieliśmy jeden niesprawny rower. Początkowy spacer po Paryżu tak się przedłużał, że postanowiliśmy jakoś jeszcze skleić dętkę i "dokulać" się na tym rowerze do kempingu. I udało się. Po wielkich bólach o 21.30 znaleźliśmy się w Champigny sur Marne, gdzie po spożyciu kolacji przed północą położyliśmy się spać. | \n";
echo "
Dzień 28\n";
echo "
| \n";
echo " 20 sierpnia, zaopatrzeni w karnety na metro, plan Paryża i bardzo ogólny plan tego, co chcieliśmy zwiedzić, udaliśmy się na podbój stolicy Francji. Zaczęliśmy od placu Bastylii. Dużo by tu pisać o tym, co tutaj zobaczyliśmy. Starczyłoby na wiele, wiele stron. Bo Paryż piękny jest. Wielki i czasem brudny, ale piękny. I nie tylko wieża Eiffla, Mountparnasse, czyli najwyższe miejsce w Paryżu, ale także Louvre, Les Centre des Halles, Grande Arche, Kościół św. Eustachego, Plac Inwalidów itp. itd. Okazało się, że to, co najpiękniejsze, dopiero przed nami. I nie mówimy tu o skromnych (sic!) zakupach, które poczyniliśmy dzień później, kiedy odpoczywaliśmy. Zapomnieliśmy jeszcze dodać, że zwiedzając Paryż 20 sierpnia zadbaliśmy także o nasz powrót. W jaki sposób? Na początku chcieliśmy jeszcze naprawiać rower, ale chyba obydwoje, choć sobie tego nie mówiliśmy, czuliśmy, że tak po prostu musiało się stać. Że Bóg czuwał nad nami aż do samego Paryża, który był niewypowiedzianym celem naszej podróży. I dawał nam wyraźny sygnał, że czas powrócić do domu. Zatem, po długim okresie poszukiwań, znaleźliśmy biuro podróży "Karolina" i zakupiliśmy bilety na autobus do Katowic na dzień 23 sierpnia. | \n";
echo "
Dzień 29\n";
echo "
| \n";
echo " Jak już zostało napisane, 21 sierpnia odpoczywaliśmy. | \n";
echo "
Dzień 30\n";
echo "
| \n";
echo " 22 sierpnia powróciliśmy do zwiedzania. Sacre Cour, Plac Zgody, Stade de France (Polacy są wszędzie), Pantheon, Muzeum Win, Ogrody Luksemburskie i wiele więcej budynków, miejsc, które pozostaną już tylko w naszej pamięci. I na sam koniec, niejako uwieńczenie wszystkich tych ciężkich dni, które za nami, podziwialiśmy przepiękny zachód słońca. Na wieżach Notre Dame. Był to jeden z najpiękniejszych zachodów słońca, jakie dane było nam widzieć. Bo najpiękniejszy miał dopiero nastąpić. Ale o tym innym razem, jeżeli kiedykolwiek. | \n";
echo "
Dzień 31\n";
echo "
| \n";
echo " 23 sierpnia, w godzinach przedpołudniowych, zgodnie z planem, opuszczaliśmy Paryż, po raz ostatni podziwiając jego cudowną architekturę. | \n";
echo "
Dzień 32\n";
echo "
| \n";
echo " Tego dnia byliśmy już w kraju. W kraju, w którym tak bardzo pociągi różnią się od tych z Francji lub Włoch. W kraju, w którym tak długo nas nie było. W kraju, który jest i pozostanie naszym domem. W kraju, w którym mieszkają Ci wszyscy, dla których żyjemy. Do których tęskniliśmy i za słowa których dalibyśmy wiele. Wróciliśmy do domu uśmiechnięci i szczęśliwi. Z dziecinną i może naiwną wiarą w to, że marzenia warto mieć. Że warto chcieć je zrealizować. Że warto czekać... | \n";
echo "
Romek i Krzysiek | \n";
echo "|